Translate

niedziela, 30 października 2011

Revlon Bare It All Lustrous Lotion 370 Pink-A-Boo

Emulsję rozświetlającą Revlon kupiłam w drogerii internetowej po obejrzeniu recenzji jednej z youtubowiczek. Był to zakup w ciemno, ponieważ nie miałam możliwości przetestowania odcieni kosmetyku w stacjonarnych sklepach. Po przejrzeniu zdjęć w Internecie, stwierdziłam, że najbardziej odpowiedni dla mnie będzie kolor 370 o wdzięcznej nazwie Pink-A-Boo.



Lotion zamknięty jest w tubce, w jakiej przeważnie można znaleźć błyszczyki, z tą różnicą, że zakończonej dozownikiem pompką, dzięki której aplikacja jest bardzo wygodna i przyjemna. Pozytywnym zaskoczeniem okazała się dla mnie pojemność opakowania, która wynosi 22 ml – wg mnie sporo, bo przyznam, że spodziewałam się znacznie mniejszej ilości. Kosmetyku można używać przez 24 miesiące od chwili otwarcia.



Jeśli chodzi o konsystencję to jest to lekki, płynny krem z dodatkiem rozświetlającej masy perłowej. Na skórze daje piękny, mokry efekt glow w delikatnym różowym kolorze ze złotą poświatą. Myślę, że sprawdzi się do wszystkich odcieni skóry. Używam go przede wszystkim na kości policzkowe, ale także pod łuk brwiowy, na dekolt lub ramiona. 



Kosmetyk gładko się rozprowadza, ładnie stapia się ze skórą, nie zbiera się w zmarszczkach czy załamaniach. Co ważne, nie podkreśla rozszerzonych porów ani nie uwidacznia niedoskonałości skóry. Nie zauważyłam, by podrażniał, uczulał lub zapychał. Co jeszcze mi się w tym rozświetlaczu podoba? To, że efekt, który można nim uzyskać jest trwały i w mojej ocenie wygląda profesjonalnie – jak z okładki magazynu ;) Wydajność również zdecydowanie na plus. W najbliższym czasie wypróbuję opcję zmieszania emulsji z podkładem lub kremem nawilżającym – mam nadzieję, że nada mojej cerze świetlistego blasku. 


Revlon Bare It All Lustrous Lotion 370 Pink-A-Boo to jeden z tych zakupów w ciemno, którego nie żałuję i który z całego serca polecam, bo jest warty wypróbowania :) Absolutnie niezbędny w mojej kosmetyczce!

piątek, 28 października 2011

Garnier Naturalna Pielęgnacja drożdże piwne i owoc granatu włosy cienkie, bez objętości szampon i odżywka

Wyjeżdżając w lipcu na zasłużony urlop postanowiłam zaopatrzyć się w szampon i odżywkę w mniejszych opakowaniach niż dotychczas używany zestaw szampon 400 ml i odżywka 200 ml L’Oreal Paris Elseve Volume Collagene [recenzja na blogu już wkrótce]. Wybór padł na Garnier Naturalna Pielęgnacja drożdże piwne i owoc granatu włosy cienkie, bez objętości chciałam sprawdzić, czy można wierzyć reklamie ;) Kupiłam go w fajnej promocji w hipermarkecie Real w cenie 4,99 zł/szt.


Szampon ma pojemność 250 ml i można go używać przez 12 miesięcy od chwili otwarcia. Opakowanie jest standardowe dla tego typu kosmetyków marki Garnier. Bardzo podoba mi się zamknięcie z wgłębieniem w kształcie listka, aczkolwiek to, że ładnie wygląda nie oznacza, że łatwo się otwiera. Mokre dłonie + otworzenie butelki = problem, palce ślizgają się na płytkim wgłębieniu/listku. 


Obietnice producenta i skład szamponu: 



Konsystencja kosmetyku jest żelowa, dość gęsta, przez co szampon jest wydajny. Dobrze się pieni. Bardzo przyjemnie pachnie – szkoda tylko, że zapach właściwie w ogóle nie utrzymuje się na włosach. Skutecznie oczyszcza, odświeża, łatwo się spłukuje, nie obciąża włosów. Nie przesusza skóry głowy. O tym, czy dodaje objętości napiszę w dalszej części notki.

Odżywka zamknięta jest w opakowaniu o pojemności 200 ml i tak jak szampon może być używana 12 miesięcy po otwarciu. Zamknięcie również lekko problematyczne w kształcie listka ;) Konsystencja gęsta, dzięki czemu odżywka łatwo rozprowadza się i nie spływa z włosów. Bez problemu spłukuje się, nie oblepia i nie obciąża włosów. Pozostawia je miękkie, błyszczące i przyjemne w dotyku. Nie nawilża, ale też nie wysusza włosów. Odżywka ładnie pachnie, ale zapach na włosach jest bardzo ulotny.

Obietnice producenta i skład szamponu:



Czas na kilka moich spostrzeżeń dotyczących tego, czy szampon i odżywka spełniają obietnicę producenta dotyczącą dodawania objętości włosom. Dodają, ale efekt ten jest bardzo krótkotrwały. Utrzymuje się kilka godzin, a potem znika. Po użyciu zestawu nie zauważyłam, by włosy szybciej się przetłuszczały czy były przesuszone. Zdecydowanym plusem jest też to, że kosmetyki ułatwiają rozczesywanie włosów, nie plączą ich, nie robią kołtuna na głowie. 

Nie zdecyduję się na ponowny zakup, ponieważ szamponów, które dobrze oczyszczają i odżywek, które zapewnią pielęgnację, jest na rynku całe mnóstwo. A co do nadania objętości no cóż... kolejny raz dałam się nabrać na obietnice producentów produktu i reklamy... ;)

wtorek, 25 października 2011

Nicki Minaj OPI Nail Lacquer Collection 2012

Nicki Minaj podjęła współpracę z OPI Nail Lacquer i tym oto sposobem w styczniu 2012 w sprzedaży dostępna będzie kolekcja 6 lakierów [w tym 1 pękający] o nazwach nawiązujących do twórczości raperki: Pink Friday, Did It On 'Em, Fly, Metallic 4 Life, Save Me, Super Bass Shatter.

Kolekcję można zobaczyć na oficjalnej stronie OPI oraz Nicki.

poniedziałek, 24 października 2011

Powrót do przeszłości, czyli historyczne wycieczki do edycji limitowanych essence: 50’s fever

Jedną z limitowanych edycji kosmetyków essence, która pojawiła się w Polsce, była 50’s fever. Można było w niej znaleźć:
  • pomadkę
  • lakier do paznokci
  • podwójny róż
  • pędzelek do różu
  • eyeliner w kredce
  • cień do oczu
  • projektanta brwi
  • szablon do brwi
Jak tylko w Internecie pojawiła się zapowiedź tej serii wiedziałam, że róż będzie mój. Do kompletu dokupiłam pędzelek.


Róż dostępny był w tylko 1 odcieniu 01 love me tender. Zamknięty jest w estetycznym, solidnym opakowaniu o pojemności 8 g. Składa się z 2 części: matowej i lśniącej z drobinkami. 


Co mnie w tym kosmetyku urzekło? Chłodny odcień różu, który daje świetny efekt. Policzki są podkreślone, cera wygląda świeżo i promiennie. 


Łatwo nabiera się go na pędzel, ale przy okazji kruszy się przez co jest mniej wydajny. Nie zapycha i nie uczula. Jeśli chodzi o trwałość to niestety, ale jest przeciętna – w ciągu dnia wymagane są poprawki.


Pędzelek, mimo że kupiony do kompletu do różu, nie był jeszcze ani razu przeze mnie użyty, więc nie wiem, czy sprawdza się w swoim zadaniu. Całkowita długość pędzelka to ok. 11,5 cm, z czego długość włosia to 3,5 cm. Jest dość gęsty, bardzo delikatny i mięciutki w dotyku, zapakowany w plastikowe etui.



Podsumowując: podwójny róż 50’s fever uważam za bardzo udany produkt i nie żałuję wydanych na niego pieniędzy. A pędzelek? Pędzelek musi jeszcze poczekać na swój debiut ;)

piątek, 21 października 2011

Purple glitter eyeliner by H&M

W lipcu lub sierpniu – w tej chwili już dokładnie nie pamiętam kiedy – w mojej ulubionej [?] sieciówce znalazłam zupełnie przypadkiem [bo wśród gumek i opasek do włosów] purpurowy błyszczący/brokatowy eyeliner w jakże sympatycznej wyprzedażowej cenie 5 złotych [cena regularna 14,99 zł]. 



Kosmetyk zamknięty jest w opakowaniu kształtem przypominającym klepsydrę, ma pojemność 7 ml, można go używać przez 6 miesięcy od chwili otwarcia, został wyprodukowany w Niemczech. Pędzelek eyelinera jest cieniutki – łatwo można nim narysować zarówno cienką jak i grubszą kreskę. 


Baza, w której zatopiono brokat, jest właściwie przezroczysta z lekką domieszką fioletu, natomiast drobinki mienią się na fioletowo, purpurowo, niebiesko, turkusowo oraz srebrno. Eyeliner nałożony solo na powiekę niestety nie powala na kolana. Wypróbowałam więc opcję zrobienia brokatowej kreski na czarnej kredce [z innymi kolorami nie kombinowałam] i tu efekt podoba mi się zdecydowanie bardziej. Niestety, ale ani dzisiejsze światło zewnętrzne, ani aparat nie chciały ze mną współpracować i zdjęcia są ciemne, słabej jakości i w ogóle nie oddają efektu, jaki ten eyeliner może stworzyć :(


Z plusów mojego nabytku mogę wymienić to, że szybko zasycha na powiece, ale nałożony w zbyt dużej ilości pod koniec dnia zaczyna odpadać drobnymi płatkami razem z kredką. Mimo że nie używam go często to zauważyłam, że jest niewydajny – w tej chwili zostało ok. ½ pojemności. Minusem jest również to, że zasycha w opakowaniu – nadal mogę bez problemu rysować kreski, ale konsystencja nie jest już taka jak na początku. Podejrzewam, że będę miała problem z wydostaniem końcówki produktu z opakowania. Myślę, że jak na wyprzedażową cenę purple glitter eyeliner jest w porządku, natomiast regularna jest trochę za wysoka jak na jakość, którą otrzymujemy.

czwartek, 20 października 2011

Zgrany duet: Uroda Melisa Mleczko kosmetyczne łagodzi i nawilża z zieloną herbatą, wyciągiem z melisy, alantoiną i prowitaminą B5 i Uroda Melisa Tonik bezalkoholowy łagodzi i nawilża z zieloną herbatą, wyciągiem z melisy, alantoiną i prowitaminą B5

Tytułowe kosmetyki nabyłam na początku września w Drogerii Natura. Nie spodziewałam się niczego specjalnego od mleczka i toniku za 4,99 zł/szt. [promocja] zamkniętych w bardzo prostych, niczym szczególnym nie wyróżniających się opakowaniach. Jednak nie po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie po raz ostatni, zostałam mile zaskoczona, ponieważ okazało się, że produkty te służą mojej skórze i jestem z ich działania bardzo zadowolona.

 
Mleczko kosmetyczne przeznaczone jest do każdego rodzaju cery. Opakowanie ma pojemność 210 ml. Informacje od producenta i składniki przedstawiają zdjęcia poniżej:



Kosmetyk dobrze radzi sobie z demakijażem skóry – nie straszny mu tusz do rzęs, kredka, cienie czy podkład. Pozostawia przyjemne uczucie oczyszczenia i odświeżenia. Nie podrażnia, jest łagodne, mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że łagodzi podrażnienia. Nawilża. Mimo że konsystencja mleczka jest dość rzadka to nie zauważyłam, by było niewydajne. Łatwo się rozprowadza. Zapach nie należy do moich ulubionych [nie przepadam ani za zieloną herbatą ani za melisą] i nie napiszę, że działa na mnie relaksująco, ale też nie przeszkadza mi – nie utrzymuje się długo na skórze. Co do samego opakowania to tak jak już wyżej pisałam – bardzo proste, bez zbędnych ozdobników, z białego, lekko przezroczystego plastiku, z zakrętką.


Po oczyszczeniu mleczkiem twarzy, szyi i dekoltu stosuję tonik z tej samej serii również przeznaczony do każdego rodzaju cery. Tradycyjnie już wklejam poniżej zdjęcia z informacją od producenta i składnikami:


 
Kosmetyk nie pozostawia uczucia ściągnięcia, napięcia skóry, łagodzi i nawilża. Dobrze przygotowuje twarz [wiem, że głupio brzmi to sformułowanie, ale zabrakło mi odpowiednich słów ;)] do nałożenia kremu. Jest wydajny. Ma ładny, zielony kolor. W mojej opinii pachnie ładniej niż mleczko. Opakowanie, tak jak w przypadku pierwszego kosmetyku, ma pojemność 210 ml, jest bardzo proste, z tą tylko różnicą, że plastik jest bardziej przezroczysty.

Zarówno mleczko jak i tonik są wg mnie godne zainteresowania i przetestowania. Żałuję, że odkryłam je dopiero teraz ;)

poniedziałek, 17 października 2011

Body Club fizzing bath bomb blackberry & mango musująca kula do kąpieli jeżyna i mango – recenzja

Swoją krótką recenzję zacznę od zapachu - dlaczego wybrałam akurat jeżynę i mango? - odpowiedź jest prosta: ten zapach przypominał mi perfumy. Jakie konkretnie? - tego nie jestem w stanie określić, ale najprawdopodobniej takie, które zawierają piżmo. Z tego co przeczytałam na blogu Barwy Wojenne - nie jestem sama z takim odczuciem ;)


Po wrzuceniu do wody kula zaczyna fajnie musować - efekt trwa do momentu rozpuszczenia się proszku. Woda jest przejrzysta, delikatnie różowa, w ogóle się nie pieni. Zapach jest bardzo przyjemny, otula ciało i jeszcze jakiś czas po kąpieli unosi się w łazience. Zawarte w składzie naturalne oleje z pestek winogron i awokado nawilżają skórę, którą pozostawiają gładką i przyjemną w dotyku.

Musujące bomby do kąpieli uważam za fajny gadżet, zdecydowanie bardziej udany niż pudry, aczkolwiek nie na tyle by stał się on niezbędnym kosmetykiem w mojej łazience. Od czasu do czasu można ich użyć, ale bez nich też można się obyć relaksując się w wannie wypełnionej po brzegi aromatyczną pianką, stworzoną np. dzięki pachnącym płynom do kąpieli :) Zdecydowałam, że na zakup innych wersji zapachowych musujących kul nie skuszę się.

Dla osób, którym nie udało się upolować kul w Biedronce, a chciałyby je wypróbować lub które mają ochotę na zrobienie zapasów, mam dobrą wiadomość - z informacji dostępnych na stronie polskiego dystrybutora kosmetyków firmy Marba serię Body Club [w skład której wchodzą także sole do kąpieli, zestawy kosmetyczne, musujące muszle do kąpieli z naturalną perłą] oraz pozostałe linie można znaleźć w tradycyjnych drogeriach oraz w sieciach sklepów Metro, Real, Selgross, Tesco, Rossman, Kaufland, Carrefour, Auchan, a od siebie dodam, że również w Drogeriach Natura.

niedziela, 16 października 2011

Body Club fizzing bath bomb blackberry & mango musująca kula do kąpieli jeżyna i mango – wstęp

Trzecia edycja Tajemnic urody, obowiązująca w  Biedronce od 12 do 25 października, nie urzekła mnie swoją ofertą. Jedyną rzeczą, która mnie zainteresowała, była musująca kula do kąpieli dostępna w 4 różnych wariantach zapachowych:
  • lawenda & pomarańcza
  • szampańska róża
  • jeżyna & mango
  • limonka & kawa 

Mając jednak ciągle w pamięci porażkę pod tytułem Dairy fun Milky Powder Coconut kokosowy puder do kąpieli – KLIK oraz to, że zarówno kule jak i puder mają tego samego producenta do zakupu podeszłam zachowawczo i nabyłam na razie tylko 1 z zapachów. Wybór padł na jeżynę i mango z naturalnymi olejami z pestek winogron i awokado. Kosmetyk waży 165 g i można go używać przez 12 miesięcy od chwili otwarcia. Kosztuje 3,99 zł. Instrukcja obsługi – informacja z opakowania od producenta: Musująca kula do kąpieli Body Club. Wrzuć kulę do wanny z ciepłą wodą, a Twoja kąpiel stanie się niesamowitą przygodą.


Skład kosmetyku przedstawia zdjęcie poniżej:


To na razie tyle ogólnych informacji dotyczących musującej kuli. Wieczorem zapraszam na recenzję po użyciu 'kąpieloumilacza'. Zatem do napisania :)

sobota, 15 października 2011

'Między nami po ulicy, pojedynczo i grupkami, snują się okularnicy...'

Cześć :) Pewnie większość z Was zna piosenkę ‘Okularnicy’, do której słowa napisała Agnieszka Osiecka, a w oryginale śpiewała ją Sława Przybylska. Jeśli nie, to zapraszam do przesłuchania, bo dzisiejszy post związany jest z… okularami ;)

Tak, jestem okularnicą. Moja wada wzroku nie jest wielka [krótkowzroczność, więc noszę minusy], jednak okulary stały się moim w zasadzie nieodłącznym już elementem wizerunku i przede wszystkim ułatwiają mi życie w takich sytuacjach jak np. dostrzeżenie numeru nadjeżdżającego autobusu. Moje okulary mają szklane soczewki i bardzo proste oprawki. Jeśli chodzi o optyka to najczęściej korzystam z usług Vision Express super optyk  – salony oferują duży wybór oprawek, interesujące promocje [ostatnio przy zakupie okularów drugą parę z innymi oprawkami dostałam gratis], serwis, prezenty dla stałych klientów [co jakiś czas otrzymuję kupony na darmowe etui, ściereczki do czyszczenia okularów], czy badanie wzroku w gabinecie okulistycznym. Dziś jednak chciałabym skupić się na tym, jak dbać o okulary – zwłaszcza o soczewki, by świat oglądany przez nie był wyraźny i by służymy nam jak najdłużej.

Jedną z najważniejszych wg mnie zasad jest to, aby nie kłaść okularów na soczewkach – w ten sposób unikniemy ich zarysowania. W czasie kiedy okularów nie używamy najlepiej trzymać je w etui – sztywnym na zewnątrz, miękkim wewnątrz. Jeśli okulary są pokryte powłokami ochronnymi, np. posiadają antyrefleks, to należy zwracać uwagę na to, czy nie są narażone na działanie różnych środków chemicznych [np. lakier do włosów], które mogą tę warstwę zniszczyć. Szkła myjemy pod ciepłą, bieżącą wodą z dodatkiem mydła lub preparatu, który można kupić u optyka. Nigdy nie używajmy do tego celu mocnych detergentów typu proszek do prania. Do osuszenia powierzchni soczewek stosujemy delikatną bawełnianą ściereczkę. Pył i kurz usuniemy z okularów za pomocą ściereczki z mikrofazy. Warto wyrobić w sobie nawyk częstego i delikatnego czyszczenia szkieł. 

Jak natomiast poradzić sobie z czyszczeniem soczewek, gdy jesteśmy np. na zakupach, w pracy czy w podróży? W takich sytuacjach świetnie sprawdzają się u mnie nawilżane chusteczki do czyszczenia okularów flink & sauber Brillen Putztucher, które można nabyć w drogerii Rossmann. W opakowaniu znajdziemy 50 saszetek, w których umieszczono pojedyncze chusteczki. Koszt całego opakowania to ok. 5 lub 4 zł – często bywają w promocji. Nie spotkałam się z tym, by w sprzedaży były dostępne pojedyncze saszetki. 



Chusteczka wyjęta z saszetki jest złożona w wąski pasek. Po rozłożeniu ma wymiary ok. 14,5 cm x 14 cm. Pachnie cytrynowo i jest nasączona płynem zawierającym alkohol. Zgodnie z informacją zawartą na opakowaniu składniki to: < 5% niejonowych substancji powierzchniowo czynnych, substancje zapachowe. Moja podstawowa znajomość języka niemieckiego pozwoliła mi na przetłumaczenie informacji [poprawki mile widziane] iż chusteczki nadają się do czyszczenia soczewek wykonanych ze szkła i tworzyw sztucznych; urządzeń takich jak aparaty fotograficzne, telefony komórkowe, ekrany telewizyjne (nie nadają się do LCD i wyświetlaczy TFT); lusterek aut i osłon kasków.


W torebce zawsze mam 2 lub 3 saszetki, którymi w razie potrzeby mogę szybko wyczyścić zaparowane czy zakurzone okulary. Mimo że papierek jest dość mocno nasączony płynem to na szkłach nie zostają żadne zacieki czy kropki. Łatwo i przyjemnie się ich używa. Jedna z dwóch par okularów, które obecnie posiadam, ma powłokę antyrefleksyjną i nie zauważyłam by cokolwiek złego się z nią działo po użyciu flink & sauber Brillen Putztucher. Wiem, że w sklepie Lidl dostępne są [nie wiem, czy w regularnej sprzedaży] bardzo podobne chusteczki z serii W5 – niestety nie miałam jeszcze okazji ich używać.

A Wy nosicie okulary? Czego używacie do ich czyszczenia?

środa, 12 października 2011

Hean Slim No Limit peeling masaż solankowy do ciała + październikowy Skarb

Dziś recenzja tytułowego preparatu ujędrniającego pod prysznic. Na początek kilka ogólnych informacji. Kosmetyk zamknięty jest w tubie o pojemności 200 ml. Został wyprodukowany w Polsce. Dostępny m.in. w Drogerii Natura.


Informacje od producenta oraz skład peelingu przedstawiają zdjęcia poniżej:



Masażu używam od miesiąca, 2 razy w tygodniu [zgodnie z zaleceniem na opakowaniu]. Przez ten czas zużyłam ¼ tuby – głównie na uda i pośladki. Peeling jest gęsty, zawiera bardzo dużo drobinek ścierających wielkości kryształków soli. W połączeniu z wodą prawie w ogóle się nie pieni. Dobrze rozprowadza się na skórze i łatwo spłukuje. Podoba mi się energetyczny, niebieski kolor masażu oraz jego zapach, który jest dość słodki i przyjemny. Jakiś czas temu używałam peelingu cukrowego z tej samej linii i zapach tamtego przypominał… kostkę odświeżającą do toalety – z czasem przyzwyczaiłam się do niego, ale początki były trudne ;) O obu tych kosmetykach możecie przeczytać na stronie producenta TU i TU.


Jestem bardzo zadowolona z tego, jak peeling oczyszcza, odświeża i wygładza skórę. Drobinki świetnie złuszczają i usuwają martwy naskórek. Nie zauważyłam efektu ujędrniania i poprawy elastyczności skóry, ale po zastosowaniu preparatu lepiej czuję działanie kosmetyków antycellulitowych i ujędrniających, więc obietnicę zwalczania cellulitu po części spełnia. Nawilżać nie nawilża, ale też nie wysusza i nie podrażnia. Opakowanie jest estetyczne, funkcjonalne, łatwo wycisnąć z niego odpowiednią ilość kosmetyku. Dobrym rozwiązaniem jest przezroczysta tubka, dzięki której można kontrolować, ile peelingu zostało jeszcze do wykorzystania.
Podsumowując: dobry zdzierak za niewielkie pieniądze. Warto wypróbować!

A na środowe popołudnie polecam lekturę kolejnego numeru magazynu Skarb, który możecie znaleźć w Rossmannach. 

wtorek, 11 października 2011

Październikowe rozdanie u Shopping Monster

Do 31 października możecie zgłaszać się do udziału w rozdaniu, które organizuje Shopping Monster - więcej szczegółów poznacie klikając TU.

poniedziałek, 10 października 2011

Akcja 'Piękne włosy'

Jesień to pora roku, w której szczególną uwagę poświęcam moim włosom. Dlaczego? Otóż dlatego, że zazwyczaj w tym okresie borykam się z nadmiernym ich wypadaniem i ogólnym osłabieniem ich kondycji. Stosowałam preparaty takie jak Belissa, Skrzypovita, czy Doppelherz – byłam zadowolona z ich działania, widziałam efekty, ale lubię też poznawać inne tego rodzaju produkty. Tym razem wybór padał na Capivit total action, który można teraz nabyć w bardzo fajnej promocji ‘2 za 1’ w Super-Pharm [oferta trwa do 12 października, całość do obejrzenia TU].


Za 11,99 zł otrzymujemy 2 opakowania suplementu diety, czyli w sumie 60 kapsułek miękkich, które wg informacji na opakowaniu wystarczą na 2 miesiące kuracji. Mam nadzieję, że oprócz wzmocnienia włosów zauważę również poprawę stanu skóry i paznokci. Jeśli chciałybyście poznać więcej informacji na temat Capivit total action to zajrzyjcie na stronę producenta, gdzie można pobrać ulotkę w formie PDF – KLIK. Zastanawiam się jeszcze nad zakupem Capivit z biotyną piękne paznokcie – KLIK, który również jest w promocji ‘2 za 1’ – za 9,99 zł otrzymujemy 60 kapsułek twardych = 2 miesiące kuracji. Cena kusząca, ciekawe jak z działaniem?


Oprócz kapsułek kupiłam jeszcze [2 szt. w cenie 1] świece zapachowe Samba Rio z Pachnącej Szafy – bardzo żałuję, że była dostępna tylko ta jedna wersja zapachowa, bo liczyłam na to, że znajdę Paris Paris, Orient Express lub Zanzibar, ale niestety nie było.  


Natomiast w Drogerii Natura trafiłam na szafy essence po brzegi wypełnione nowościami, ale wzięłam tylko fix&matte! transparentny puder sypki – pierwsze testy przewidziane są w ciągu najbliższych dni :)

sobota, 8 października 2011

Powrót do przeszłości, czyli historyczne wycieczki do edycji limitowanych essence: urban jungle i glam rock

Fanką kosmetyków essence jestem od ponad 3 lat. Przez ten czas w sprzedaży dostępnych było kilkanaście edycji limitowanych. Nie wszystkie trafiły do naszego kraju, a te, które pojawiły się u nas cieszyły się moim większym lub mniejszym zainteresowaniem. Postanowiłam, że pokażę Wam, co, z której serii nabyłam, czego lubiłam/ę używać, a co okazało się tylko zbędnym wydatkiem.

Pierwszą limitowanką, która wpadła w moje ręce była urban jungle, w skład której wchodziły:
  • puder brązujący
  • lakiery do paznokci
  • szablony do paznokci
  • błyszczyk do ust
  • podwójna kredka do oczu
  • trzy cienie do powiek i rozświetlacz
  • bibułki matujące 

Skusiłam się tylko na paletkę trzech cieni do powiek i rozświetlacz i niestety rozczarowałam się tym produktem. Posiadam zestaw 02 wild and free. Cienie są słabo napigmentowane. Najbardziej nasycony jest brąz, natomiast szary i zielony są prawie niewidoczne na powiece. Jedynie rozświetlacz okazał się dobrym produktem o przyjemnej, kremowej konsystencji. Sprawdził się zarówno pod łukiem brwiowym, w wewnętrznych kącikach oczu, jak również na kościach policzkowych. Opakowanie, w którym zamknięto kosmetyk, jest solidne, estetyczne. Do zestawu dołączony jest mały aplikator. Z tyłu opakowania zamieszczono propozycję, jak użyć konkretnych kolorów w makijażu oka. Jeśli ktoś lubi bardzo delikatny makijaż to być może byłby zadowolony z tej paletki – ja niestety żałowałam jej zakupu. Uprzedzając pytania – nie, nie używam już tych cieni ani innych kosmetyków, których termin przydatności już upłynął. Produkty z limitowanych edycji trzymam nadal z sentymentu – wiem, pewnie głupio to brzmi, ale jakoś ciężko mi się z nimi rozstać – nawet jeśli nie okazały się hitami ;)




Kolejną edycją limitowaną, która mnie zainteresowała, była glam rock. Można było w niej znaleźć:
  • diamentowy puder
  • lakier do paznokci
  • błyszczyk
  • cień do powiek
  • eyeliner
  • diamentowe rzęsy 

W przypadku tej serii stałam się posiadaczką diamentowego pudru i eyelinera. O eyelinerze pisałam TU. Jeśli chodzi o puder to zamknięty jest w małym, zgrabnym, szklanym słoiczku. W wieczku umieszczono lusterko. W opakowaniu można również znaleźć maleńką gąbeczkę do nakładania pudru – ja jakoś nie wyobrażałam sobie nakładania tym maleństwem, więc nie używałam jej w ogóle. Pod plastikową zatyczką/wieczkiem, na której umieszczono gąbeczkę znajduje się małe sitko [fabrycznie zabezpieczone folią], przez które powinno nabierać się puder. Przyznam się, że odkleiłam tylko kawałek tej folii, bo nie chciałam, by zbyt wiele produktu wydostawało się na zewnątrz – mimo to sporo pudru wzbijało się w powietrze, część oprószała opakowanie i przedmioty wokół. 




Co mogę powiedzieć na temat samego kosmetyku? Jest to drobniutko zmielony brokat, który fajnie mieni się w świetle. Zastosowania w codziennym makijażu za bardzo nie widziałam, ale za to świetnie sprawdził się na imprezie sylwestrowej, karnawałowej, dyskotekowej jako rozświetlacz do ciała, w makijażu oka, czy dodatek do lakieru do włosów ;) Pomimo że dużo pudru wydostawało się z małego opakowania [6g] w niekontrolowany sposób to był on dość wydajny. Jeśli chodzi o trwałość – przeciętna, puder dość szybko znikał i wymagał poprawek w trakcie imprezy. Ogółem diamentowy puder to fajny gadżet, ale po czasie myślę, że jego zakup nie był czymś koniecznym, ale widocznie musiałam wydać te kilkanaście złotych i użyć kilka razy tego wynalazku by dojść do takiego wniosku ;)


A Wy skusiłyście się na coś z ww. limitowanych edycji essence? Co w ogóle myślicie na temat tego historycznego cyklu? Czy mają sens kolejne takie notki?

Przy okazji napiszę, że w Drogerii Natura jest już dostępny kolejny numer magazynu Natura, natomiast w Tesco – F & F. Miła lektura na jesienny, szary weekend ;)