Translate

poniedziałek, 28 listopada 2011

Świeczkowo-zapachowo cz. 1

Tak jak obiecałam tydzień temu, postanowiłam wzorem innych blogerek napisać kilka słów o zapachach, olejkach, świecach, podgrzewaczach i innych tego typu artykułach, które można poczuć/znaleźć w moim domu. Notkę podzieliłam na dwie części, ponieważ jedna byłaby zbyt duża objętościowo. Zapraszam.

PODGRZEWACZE. Obecnie używam świeczek Tindra, które dostępne są w IKEA. Opakowanie zawierające 36 szt. kosztowało 9,99 zł. Skusiłam się na nie przede wszystkim ze względu na zapach – nie pamiętam, jak dokładnie był on nazwany, ale na pewno było to określenie nawiązujące do zapachu świątecznych pierniczków/ciasteczek. Podgrzewacze rzeczywiście tak pachną, ale… w opakowaniu. Podczas spalania zapach jest słabo wyczuwalny, a szkoda, bo naprawdę bardzo mi się podoba. Na stronie sklepu można przeczytać informację, że świeczki palą się 3,5 godziny – sprawdziłam – jest to zgodne z prawdą. Wosk wypala się równomiernie, knot nie kopci. Jeśli komuś nie zależy aż tak bardzo na świąteczno-piernikowym zapachu, który byłoby czuć w pomieszczeniu to myślę, że może wypróbować świeczki Tindra. Wcześniej używałam podgrzewaczy z Biedronki – o ile się nie mylę to miałam truskawkowe, ale nie byłam z nich jakoś szczególnie zadowolona. Bardzo szybko się wypalały, zapachu nie było czuć. Nie polecam.


ŚWIECE ZAPACHOWE. Jakiś czas temu pokazywałam na blogu świece Samba Rio z Pachnącej Szafy zakupione w Super-Pharm [w promocji 2 w cenie 1 kosztowały 11,99 zł]. Dziś zostały po nich jedynie 2 szklane słoiczki. Jak pachnie Samba Rio? Czekoladą. W czasie spalania zapach był dość wyczuwalny i wypełniał pomieszczenie. Niestety wosk topił się nierównomiernie, knot musiałam przyciąć do 0,5 cm, bo był za długi i dymił. Po mojej ingerencji spalanie wyglądało dużo lepiej. Świece paliły się długo – ok. 10 godzin na pewno. Myślę, że jeszcze kiedyś skuszę się na inne wersje zapachowe świec Pachnąca Szafa – zwłaszcza gdyby znowu były 2 w cenie 1 :)

Jednym z ostatnich zakupów jest świeca Brise [w Wielkiej Brytanii marka nazywa się Glade] o zapachu Winter Berries [10,99 zł], którą pokazywałam TU. Wczoraj miała swój debiut. Wosk umieszczono w ładnym szklanym słoiczku powleczonym folią z nadrukiem. Zgodnie z informacją zawartą na opakowaniu świeca pali się do 30 godzin – czy rzeczywiście tyle czasu daje radę to dopiero się okaże. Zapach w słoiczku jest intensywny, podczas spalania czuć go dość dobrze, wypełnia całe pomieszczenie, ale bardziej niż zimowe jagody przypomina domowej roboty kompot truskawkowy ;) Wosk wypala się równo, płomień nie jest zbyt duży, nie kopci się – po pierwszych 3 godzinach używania tej świeczki jestem z niej bardzo zadowolona. 


Zużycie wosku po 3 godzinach palenia

Kolejna nowość w moim domu to świeca Air Wick Multicolor Czekoladowa Pokusa z Nutką Kardamonu Cocoa & Fireside Glow. Kupiłam ją w Rossmannie – była w promocji – kosztowała 12,99 zł. Skusiłam się, bo po pierwsze zapach zapowiada się bardzo interesująco, a po drugie chciałam osobiście zobaczyć, jak świeca subtelnie zmienia kolory ;) Póki co razem z jeszcze jedną koleżanką, o której mowa [pismo] będzie za chwilę, czeka na swoją kolej ;) Jak widać na załączonych poniżej zdjęciach świecę umieszczono w wąskim, dość wysokim słoiczku z mlecznego szkła. Na opakowaniu producent obiecuje palenie do 25 godzin. Postaram się nagrać i zamieścić na blogu filmik, na którym pokażę efekt, jaki daje produkt Air Wick.


Biały punkt - knot, czarny punkt - światłowód odpowiedzialny za zmianę kolorów


Biały punkt - knot, czarny punkt - światłowód odpowiedzialny za zmianę kolorów

Kilka dni temu dostałam od TŻ w prezencie świecę Air Wick Pomarańcza z Nutką Goździków Orange & Festive Spice [wiem, że kupił ją w hipermarkecie Real i kosztowała 9,99zł]. W opakowaniu pachnie przepięknie i chciałabym, żeby w czasie spalania ten aromat wypełniał całe pomieszczenie.



KADZIDŁA ZAPACHOWE. W obecnej chwili nie mam ani jednej sztuki kadzidełka, a przyznam szczerze, że kiedyś nie było dnia by w domu nie można było poczuć kadzidlanego zapachu drzewa sandałowego, opium, piżma, patchouli i wielu innych. Patyczki najczęściej kupowałam w sklepie indyjskim ze względu na duży wybór zapachów. Stamtąd mam też podstawkę w kształcie narty wykonaną z drzewa palisandrowego, którą kupiłam za całe 2 zł. Muszę kupić kilka nowych zapachów i wrócić do tej formy wypełniania pomieszczeń zapachem, bo bardzo ją lubię.

PERFUMY DO POMIESZCZEŃ, DYFUZORY, OLEJKI ETERYCZNE I KOMINKI. Tych artykułów nie miałam jeszcze okazji używać, ale mam nadzieję, że w najbliższym czasie się to zmieni. Tymczasem to tyle w części pierwszej. Zapraszam na drugą część, którą zamieszczę na blogu za kilka dni :)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Trochę o tym, trochę o tamtym…

Kilka dni mnie nie było, ale widzę, że nikt się za mną nie stęsknił… ;)

Na początek chciałabym napisać kilka słów o postępach w akcji 'Piękne włosy'. Otóż jestem w trakcie 60-dniowej kuracji suplementem diety Capivit total action – do zażycia zostały mi jeszcze 24 kapsułki. Jakie są efekty po ponad miesiącu ich stosowania? Najbardziej zależało mi na tym, by ograniczyć wypadanie włosów i tu mogę śmiało stwierdzić, że zauważyłam poprawę. Co prawda nie zostało ono zredukowane do minimum, ale na pewno wypadają mniej niż przed kuracją. Jeśli chodzi o szybszy wzrost włosów i paznokci – szczerze mówiąc ciężko mi ocenić, czy to zasługa kapsułek, bo należę do osób, którym zarówno włosy jak i paznokcie dość szybko rosną ;) Poza tym na paznokcie stosuję jedną ze słynnych odżywek Eveline 8 w 1 total action, więc same rozumiecie ;) Ale nie o paznokciach miałam pisać. Krótko podsumowując: z Capivit Total action jestem zadowolona, chociaż przyznam, że po opiniach przeczytanych w necie nie spodziewałam się po tych kapsułkach zbyt wiele dobrego a tu pozytywne zaskoczenie :)

Następna sprawa – zapewne można było zauważyć na blogu, że bardzo lubię produkty marki Pachnąca Szafa – ostatnio znowu kupiłam zapachowe woreczki – tym razem wybrałam Cyprysową Aleję i Bergamotkowe Orzeźwienie :) Do środy 23 listopada [włącznie] posiadacze karty Lifestyle mogą kupić w Super-Pharm woreczki 40% taniej, czyli w bardzo przyjemnej cenie 5,99 zł. 


Jak już jestem przy SP i karcie LS – kupując masło do ciała Joanna Naturia Body [waniliowe, kawowe i truskawkowe] zapłacicie za nie [z kartą LS!] jedyne 4,49 zł lub cenę regularną, ale dostaniecie 4x więcej punktów na Wasze konto – wybór należy do Was. Ja wybrałam opcję tańsze masło i tym sposobem cudownie pachnący waniliowy kosmetyk mam za śmieszne pieniądze ;)


I ostatnia sprawa, która wiąże się z zakupem z drogerii Rossmann, a jest nim świeca Brise o zapachu Winter Berries, do której dołączono gratis w postaci foremki do ciastek – ja akurat wybrałam anioła :) Zainspirowana wpisami na innych blogach postanowiłam, że w najbliższych dniach napiszę kilka zdań o zapachach, olejkach, świecach i podgrzewaczach, które można poczuć/znaleźć w moim domu. Tylko pytanie – czy jest ktoś tym zainteresowany?


To chyba tyle. Zapraszam do komentowania wpisów i obserwowania mojego skromnego bloga. Buźka :*

czwartek, 17 listopada 2011

Samochwała w kącie stała…, czyli Pink Caster Sugar znowu chwali się mini zakupami

Zachwycona zapachem żelu pod prysznic Palmolive bergamota & werbena i mydła w płynie Palmolive róża damasceńska & piżmo, które pokazywałam TU oraz zachęcona atrakcyjną promocją z obecnej gazetki drogerii Rossmann [‘kup 2 żele Palmolive Aroma, Spa lub Authentic w wyjątkowej cenie 10,99 zł’] nabyłam żele pod prysznic o zapachu róża damasceńska & piżmo oraz ciepła/rozgrzana wanilia. Oba cudownie pachną.


Poza tym do koszyka wpadła mi również nowość od Schwarzkopf eliksir Gliss Kur z olejkiem pielęgnacyjnym do codziennego stosowania. Co prawda w gazetce nie widziałam, że jest w promocji [a jeśli jest w gazetce to napiszcie sierotce, na której stronie], ale etykietka na półce pokazywała cenę promocyjną o 5 zł niższą niż regularna, a że miałam w planach wypróbowanie tego kosmetyku to nie mogłam nie skorzystać z okazji i nie kupić go ;)


Przy okazji nabyłam też rolkę do oczyszczania ubrań flink & sauber – poprzednia już się wysłużyła, więc czas było na nową, a że ta marka została już sprawdzona [pozytywnie przeszła crash tests na wielu materiałach ;)] i w zapasie mam wkłady to nie szukałam niczego innego i przede wszystkim nie przepłaciłam ;)


Jako dodatek do zakupów wzięłam listopadowy numer magazynu Skarb, który tego samego dnia wieczorem przeczytałam od deski do deski, rozwiązałam krzyżówkę, wysłałam rozwiązanie i teraz czekam na ogłoszenie listy laureatów – miło byłoby wygrać upominek ;)


I tym marzycielskim nastawieniem kończę dzisiejszą notkę. Pozdrawiam :)

środa, 16 listopada 2011

Delia Dermo System micelarny płyn do demakijażu twarzy i oczu

Micele opanowały rynek kosmetyczny. Dziś prawie każda firma kosmetyczna ma w swojej ofercie tego rodzaju produkt. Na płyn micelarny Delia trafiłam w Drogerii Natura, a ponieważ był w promocyjnej cenie [niecałe 5 zł] nie zastanawiałam się długo nad zakupem. I tu niestety pośpiech i wcześniejsze niezapoznanie się z opiniami w Internecie okazały się złym krokiem, ponieważ kosmetyk bardzo mnie rozczarował. Ale zacznę od początku, czyli od podstawowych informacji na temat produktu. Płyn zamknięty jest w opakowaniu o pojemności 210 ml z zakrętką.


Informacje od producenta oraz skład możecie sprawdzić na zdjęciach poniżej :



Od pierwszego użycia ten płyn nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Po pierwsze – po nałożeniu go na płatek zaczęła tworzyć się pianka, która pozostawała również na skórze i tworzyła klejącą warstwę. O uczuciu świeżości można zapomnieć. W demakijażu oczu płyn również się nie sprawdził, bo nie dość, że po przemyciu skóry wokół nich powodował pieczenie i podrażnienie to jeszcze bardzo trudno zmywał makijaż – pozbycie się tuszu do rzęs to dopiero był wyczyn, który wymagał nagimnastykowania się i stosu płatków…

Z plusów wymienię jedynie to, że płyn nie wysusza skóry, ale też jej nie nawilża; ma neutralny zapach, jest bardzo wydajny i tani. Niestety to dla mnie zdecydowanie za mało by wrócić po ten produkt do sklepu i zaopatrzyć się w kolejne opakowanie. Nie polecam.

poniedziałek, 14 listopada 2011

'Poczytaj mi, mamo'

Pamiętacie z czasów dzieciństwa serię wydawniczą 'Poczytaj mi, mamo'? Ja pamiętam ją doskonale :) Osobą, która od małego zaszczepiła we mnie i mojej S. miłość do czytania jest nasza Mama. Odkąd pamiętam Mama zawsze kupowała nam dużo książek – najpierw czytała je nam sama, a gdy tylko i my nauczyłyśmy się czytać to z wielką przyjemnością robiłyśmy to same – czasem nawet kosztem nieodrobionych lekcji, prawda S.? ;)

Będąc ostatnio w empiku natknęłam się na wydaną w dwóch księgach [nie ukrywam, że liczę na więcej] kolekcję bajek, które przez lata ukazywały się w serii 'Poczytaj mi, mamo'. Zachowana w nich została oryginalna szata graficzna, ilustracje, dzięki czemu z każdą kolejną stroną możemy wrócić do magicznych chwil z naszego dzieciństwa. Będąc osobą sentymentalną zachowałam sobie na pamiątkę moje książeczki – po wizycie w empiku wyciągnęłam je nawet z szafki i przeglądałam z łezką w oku. Niektórym brakuje okładek, innym kilku stron, a jeszcze inne służyły mi kiedyś jako paleta do mieszania farb…, dlatego postanowiłam, że kupię obie księgi, które będą wspaniałym uzupełnieniem mojej biblioteczki. 

Cieszę, że się, że Wydawnictwo Nasza Księgarnia miało tak rewelacyjny pomysł, by z okazji swoich dziewięćdziesiątych urodzin wydać kolekcję 'Poczytaj mi, mamo'. Jeśli jesteście zainteresowani tym wydaniem zapraszam do odwiedzenia strony: http://www.nk.com.pl/ - ja właśnie tam złożę swoje zamówienie, ponieważ ceny [łącznie z kosztami przesyłki] są dużo bardziej atrakcyjne niż w księgarniach stacjonarnych lub on-line. Polecam!

niedziela, 13 listopada 2011

Krótko i węzłowato

Moje ostatnie zakupy z H&M i drogerii Rossmann:
  • H&M Vanilla Kiss Body Splash


  • lakiery do paznokci z limitowanych trend edycji Wibo Modowe Wariacje: Crockodile Skin 4 Mystery Girl [bordowy] i So Matte [zielony] + ulotka





  • Original Source Lime żel pod prysznic – w poprzedniej promocji w Drogerii Rossmann kosztował 6,99 zł, w obecnej – przy zakupie żelu pod prysznic, płynu do kąpieli [9,99 zł] bądź mydła w płynie [7,99 zł] Original Source drugi produkt otrzymasz gratis – cała oferta do obejrzenia TU


Jutro postaram się dodać bardziej rzeczową notatkę. Pozdrawiam.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Usta usta

Nie od dziś wiadomo, że w okresie jesienno-zimowym nasze usta wymagają większej uwagi i pielęgnacji. Niskie temperatury, wiatr powodują, że naskórek ust staje się wysuszony i spierzchnięty. Co zrobić, aby były one nawilżone i gładkie? Jednym ze sposobów jest używanie balsamów do ust.

Dziś pokażę Wam, jakich mazideł do pielęgnacji ust używam i jaka jest moja opinia na ich temat. 


Przede wszystkim już od kilku lat jestem wierna amerykańskiemu hitowi, jakim jest Carmex. Od jakiegoś czasu kosmetyki firmy Carma Laboratories [ale niestety nie wszystkie] są dostępne także w Polsce i z tego co zaobserwowałam na forach internetowych, czy blogach wiele osób także bardzo je sobie chwali. Balsamy Carmex zamknięte są w słoiczku, sztyfcie i tubce – do wyboru, co kto woli. Ja używałam i używam tylko tych w tubce, które można znaleźć w 3 wersjach zapachowych/smakowych: klasyczna, wiśniowa i truskawkowa. Od niedawna w sprzedaży pojawiła się nowość tej marki, a mianowicie sztyfty Moisture Plus Clear, o których więcej informacji znajdziecie na stronie http://www.mycarmex.com/ lub http://poland.mycarmex.com/


Dzięki temu, że balsam [obecnie używam wersji wiśniowej] zawiera lecznicze składniki, takie jak kamfora i mentol, moje usta są nawilżone i zregenerowane. Po aplikacji przez chwilę czuć przyjemne mrowienie i chłodzenie. Balsam ma żelową konsystencję. Nadaje ustom delikatny połysk. Warstwa, którą pozostawia na wargach jest dość trwała, ale nawet jeśli ją ‘zjem’ to nadal czuję, że usta nie są ‘nagie’. Zapach określiłabym jako specyficzny, apteczny, może dla niektórych być drażniący, ale mi on nie przeszkadza i przyznam, że nawet go lubię. Tubka jest wygodna w użyciu, higieniczna, a sam produkt bardzo wydajny. Zawiera filtr 15 SPF. Polecam!


Bogatą gamę smakowych i zapachowym balsamów do ust oferuje inna amerykańska firma. Mowa tu o Bonne Bell i Lip Smackers. Obecnie posiadam 2 sztyfty – jeden o smaku Bubble Gum z serii Original, a drugi – Banana Berry z serii Tropical Skittles. Pierwszy z nich w mojej opinii w niewielkim stopniu przypomina zapach i smak gumy balonowej. Jeśli chodzi o nawilżanie ust – owszem pozostawia lekko nawilżającą warstwę, ale niestety bardzo szybko ona znika. Jako ratunek na spierzchnięte wargi nie da sobie rady, ponieważ jego działanie jest zbyt słabe. Balsam jest wydajny, nie barwi ust, a jedynie nadaje im połysk. Poza tym ma ładne, kolorowe, przyciągające wzrok opakowanie. 


Drugi z produktów ma dużo przyjemniejszy zapach i smak, ale podobnie jak jego brat niewiele potrafi zdziałać w zakresie pielęgnacji ust. Wygodny w użyciu, wydajny, nie nadaje koloru, delikatnie nabłyszcza, zamknięty w fajnym opakowaniu. Oba balsamy marki Bonne Bell umieściłabym w kategorii gadżet. Przy okazji pokażę Wam, gdzie przechowuję mazidła do ust – jest to blaszane pudełeczko, które wypatrzyłam kiedyś na Allegro i kupiłam za niewielkie pieniądze.



Podsumowując: moim faworytem w pielęgnacji ust w okresie [nie tylko] jesienno-zimowym jest Carmex. Nawilża, odżywia, regeneruje, zapobiega spierzchnięciu i popękaniu skóry warg, czyli w 100% spełnia moje oczekiwania. Póki co dla mnie niezastąpiony.

sobota, 5 listopada 2011

Listopadowo-zakupowo

Witam! Dziś pokażę Wam kilka moich ostatnich nabytków :) 


Zacznę od dwóch cieni do powiek. Pierwszy z nich to słynny już Catrice 410 C’mon Chameleon!, który w opakowaniu może i nie wygląda zbyt atrakcyjnie, ale za to na powiece daje bardzo fajny efekt. Do tego kreska wykonana kredką essence longlasting 14 think khaki! i efektowny makijaż gotowy. Catrice 410 C’mon Chameleon! jest podobno tańszą alternatywą dla cienia MAC Club, więc choćby z tego powodu warto go wypróbować. Cena przystępna – 11,99 zł/2.0 g.


Drugim cieniem jest nowość Sensique Velvet Touch 102 – cielisty beż z bardzo delikatnymi srebrnymi drobinkami. W sklepie zastanawiałam się, czy nie wziąć innego z cieni Sensique – Diamond Shine 102, ale po przetestowaniu i porównaniu obu kolorów stwierdziłam, że mają identyczną pigmentację, ale Diamond Shine zawiera zbyt dużo nachalnych drobinek brokatu i dlatego zdecydowałam się na Velvet Touch. Mam zamiar używać tego cienia nie tylko do makijażu oka, ale także do rozświetlenia kości policzkowych. Cena kosmetyku jest niska – opakowanie o pojemności 4g kosztuje 6,49 zł. Zarówno Catrice jak i Sensique są dostępne w Drogerii Natura.


I to by było na tyle jeśli chodzi o zakupy kosmetyczne. Tak, wiem, taka ilość zakrawa wręcz o szaleństwo ;) Ale oprócz drogerii Pink Caster Sugar lubi również urządzać tournee po sklepach z ubraniami i dodatkami. Nie wiem, czy wiecie, ale dla fanów sklepu House na portalu facebook jest do pobrania kupon rabatowy -40%. Jeśli nie macie konta na facebooku to nic straconego, bo kupon -30% otrzymują mailem wszyscy, którzy zapisali się na newsletter – przynajmniej ja tak dostałam. Rabat można wykorzystać na prawie wszystko [prawie, bo zniżka nie dotyczy jedynie licencji Chojrak/ Courage the Cowardly Dog] – nawet na artykuły objęte promocją w stacjonarnych sklepach tej sieciówki. Akcja trwa od 4 do 6 listopada, więc jeszcze tylko dziś i jutro. Kupon można wydrukować, ale można również przepisać kod na kartkę czy zapisać w telefonie i podać go sprzedawcy przy kasie. Tym razem z kuponu skorzystał przede wszystkim mój TŻ, który kupił sobie kilka rzeczy. Ja natomiast wybrałam jedynie pierścionek z króliczkiem [prawda, że uroczy?] oraz bransoletkę dla mojej S., która z tego co wiem podobała się jej już jakiś czas temu, a teraz po 40% obniżce żal było nie wziąć ;) 



Prosto z House udałam się do H&M i muszę Wam powiedzieć, że rozczarowałam się zastanym tam asortymentem. Na polskiej stronie tego sklepu wypatrzyłam kilka ciekawych rzeczy – przynajmniej na zdjęciach tak wyglądały, a w rzeczywistości torba okazała się bezkształtnym, dziwnie skrojonym workiem, natomiast ani tunik, ani bransoletek ani nawet błyszczyków nie znalazłam. Za to w końcu dotarły do mojego miasta zestawy 2 lakierów [srebrny brokat i różowy] 9,99 zł oraz lakier pękający [czarny] 9,99 zł, których bezskutecznie szukałam od połowy września, a na które przestałam już teraz mieć ochotę… 

I ostatnie z zakupów, które niestety nie są moje – należą do mojej S. – ja byłam jedynie pośrednikiem w transakcji [czytaj: odebrałam i zapłaciłam za towar] ;) Wspomniana wyżej S. wręcz nałogowo czyta książki – zwłaszcza te w języku angielskim. Ma już ich całkiem pokaźny zbiór, ale ciągle jej mało. Z pomocą przychodzi jej salon internetowy empik.com – KLIK, który ja osobiście również szczerze polecam. Zakładając konto na tej stronie mamy możliwość zamówienia książek, muzyki, filmów, multimediów, elektroniki, zabawek i prezentów. Bardzo często produkty te można kupić w trochę niższych cenach niż w sklepie stacjonarnym empik, a już w ogóle rewelacyjną wg mnie sprawą jest to, że nasze zamówienie odbiera się zupełnie za darmo w wybranym przez siebie [ulubionym, najbliższym, itd.] salonie tej sieci. Poza tym przy zamówieniu powyżej 200 zł kurier lub krajowa poczta również dostarczy je nam bezpłatnie. Oczywiście istnieje też opcja płatnego doręczenia towaru do domu lub pracy. Wszystko zależy od Was i kwoty Waszego zamówienia. Co jeszcze fajnego jest w empik.com? M.in. to, że przy każdym produkcie podany jest czas, w jakim towar będzie wysłany. Po złożeniu zamówienia dostajemy potwierdzenie na maila i w razie jakichkolwiek opóźnień w dostawie czy innych problemów – zamówienie można anulować lub rozbić na mniejsze – wówczas dostępne pozycje otrzymamy szybciej, a na pozostałe poczekamy trochę dłużej. Warto również zapisać się na newsletter – regularnie otrzymuje się wówczas ofertę z nowościami, zniżkami itd. Książki, czy inne artykuły, które do tej pory zamawiałam, nigdy nie dotarły poniszczone czy niekompletne, więc z jakości usług empik.com jestem bardzo zadowolona. Ale wracając do tematu – ostatnimi zakupami w salonie internetowym były następujące tytuły:
  • ‘Harry Potter and the Chamber of Secrets’ J. K. Rowling


  • ‘Cranford’ E. Gaskell


  • oraz ‘The Hound of the Baskervilles’ A. C. Doyle



– mam nadzieję, że S. chwilowo zaspokoi swój książkowy głód. 

Jeśli ktoś dotarł do końca tego posta to dla niego ode mnie owacje na stojąco – gratuluję wytrwałości ;) Serdecznie Was pozdrawiam i życzę udanego, pogodnego weekendu :)

czwartek, 3 listopada 2011

Synergen Handcreme Trockene Haut freche Fruchtchen krem do rąk do skóry suchej o zapachu świeżych owoców

Jakiś czas temu podczas zakupów w drogerii Rossmann mój wzrok przyciągnął stojący na półce krem do rąk. Wśród innych tego typu kosmetyków do pielęgnacji dłoni wyróżniał się tubką w fioletowo-różowo-żółtym kolorze. Na etykietce z ceną przeczytałam, że pachnie świeżymi owocami. Postanowiłam przetestować tę nowość – tym bardziej, że moje dłonie w okresie jesienno-zimowym wymagają intensywniejszej pielęgnacji, ponieważ bardzo szybko moja skóra robi się sucha i nieprzyjemna w dotyku. Dodatkowo, niektóre z domowych środków czystości, których używam zostawiają ją w fatalnej formie, a w rękawicach gumowych sprzątać nie potrafię – mam wrażenie, że robię to mniej dokładnie.


Kilka podstawowych informacji na temat kremu: kosztuje 3,99 zł i jest dostępny w drogerii Rossmann, ma pojemność 75 ml, można go używać przez 12 miesięcy od chwili otwarcia, został wyprodukowany w Niemczech.

Informacje od producenta oraz skład kosmetyku przedstawiają zdjęcia poniżej:



Krem ma dość płynną, jogurtową konsystencję. Łatwo wydobyć go z tubki. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy. Skóra dłoni jest miękka i przyjemna w dotyku. Bardzo podoba mi się zapach kosmetyku – rzeczywiście jest świeży, owocowy, ale przyznam, że nie wiem, co producent miał na myśli określając go jako perlisty ;) 


Czy krem rzeczywiście działa nawilżająco przez 24 godziny? Niestety nie. Moim zdaniem to nawilżenie trwa ok. 2-3 godzin – oczywiście umycie dłoni skraca ten czas. Myślę, że to trochę krótko zwłaszcza, że kupiłam go z zamiarem stosowania w niższych temperaturach. Obawiam się, że zimą ten krem zupełnie nie poradzi sobie z pielęgnacją suchej skóry.



Wnioski: Podoba mi się kolorowe opakowanie kremu, jego zapach, niska cena oraz to, że tubka bez problemu zmieści się w każdej torebce. Jeśli chodzi o pielęgnację to myślę, że ten kosmetyk lepiej sprawdziłby się do suchej skóry wiosną i/lub latem. Zakupu jednak nie żałuję – polubiłam ten perlisty zapach i doraźne nawilżanie ;) 

W planach mam też przetestowanie jednego z zimowych kremów do rąk [rozgrzewający lub regenerujący] marki Cztery Pory Roku, które już od dziś można nabyć w promocyjnej cenie 4,99 zł w Drogerii Natura [oferta obowiązuje od dziś 3.11.11 do 16.11.11, całość można obejrzeć TU] – ciekawa jestem, czy sprawdzi się lepiej niż Synergen. A Wy, jakich kremów do rąk używacie i jakie [zwłaszcza do skóry suchej] polecacie?

środa, 2 listopada 2011

Żegnaj październiku, czyli czas na kolejne podsumowanie...

Ach, jak ten czas szybko leci… Październik już za nami, a teraz kolej na najmniej przeze mnie lubiany miesiąc w całym roku. Tak czy inaczej oznacza to również, że z każdym dniem święta Bożego Narodzenia są coraz bliżej :) I mimo że staram się nie ulegać świątecznej manii [od początku grudnia owszem], która już pewnie od dziś zaleje hipermarkety i inne sklepy oraz telewizyjne reklamy rano już nawet jedną taką widziałam, to przyznam, że coraz wyraźniejsza wizja odkrywania kolejnych okienek w adwentowym kalendarzu, pieczenia pachnących pierniczków, dekorowania choinki przy akompaniamencie świątecznych piosenek i przede wszystkim niepowtarzalnych chwil spędzonych z bliskimi sprawia, że patrzę na listopad nieco łaskawszym okiem. To tyle tytułem [przydługiego i nie o tym co chciałam] wstępu ;) Wracając do tematu postu – czas na przedstawienie tego, co udało mi się w październiku zużyć do samego dna. Nie jest tego wiele, ale zawsze coś. Zaczynamy: 
  • Lactacyd Femina hydro-balance z nawilżającymi proteinami ryżu i arniką emulsja do higieny intymnej do codziennego użytku 200 ml – recenzję znajdziecie TU
  • Babydream für Mama Schwangerschafts-Pflegeöl olejek do pielęgnacji ciała dla kobiet w ciąży 250 ml
  • Listerine Total Care Clean Mint ochronny płyn do płukania jamy ustnej 500 ml
  • Sanitars Cotton Line Milia pachnące płatki kosmetyczne do demakijażu 120 szt.
  • oraz denko, które w ogóle mnie nie ucieszyło: Jesus del Pozo In Black eau de toilette 50 ml 


            Jeśli ktoś z Was byłby zainteresowany recenzją któregoś z wymienionych wyżej produktów – proszę o taką informację w komentarzach, a z przyjemnością spełnię prośbę :)